Blog Feed

Cztery worki Essential Foods (test & recenzja & miniporadnik o wyborze karmy)

Staram się karmić psa tak dobrze, jak to tylko możliwe. W obliczu obecnego rynku karm można stracić głowę, dlatego stawiam wybieranym produktom parę kryteriów, które muszą spełnić, bym rozważyła podanie ich psu. Można je podzielić na trzy sekcje:

Sekcja pierwsza: składniki zwierzęce:

  • podstawą karmy powinno być mięso, najlepiej jeśli mamy napisane „mięso z kurczaka”, ale jeśli jest to „kurczak bez kości” (czyli mięso, podroby, skóra) też jest ok. „Kurczak” jest już mniej precyzyjny, ale wciąż akceptowalny. Szukam składów w których zarówno te składniki są zarówno świeże, jak i suszone.
  • Odrzucam wszelkie „białka”, „mączki” i „surowce”. Zazwyczaj są kiepskiej jakości, gorzej przyswajalne i zwyczajnie już przetworzone, a sama karma takim produktem jest.
  • Zazwyczaj odpadają też formuły monoproteinowe. Jeśli pies nie jest wrażliwcem/alergikiem lepiej, by jego dieta zawierała różne rodzaje mięs – niby każda karma jest kompletna i zbilansowana, ale każdy rodzaj mięsa ma różne wartości odżywcze i różny profil aminokwasowy. Podając cały czas to samo można dorobić się niedoborów.
  • Tłuszcze – najwartościowsze dla psa są te zwierzęce, więc to one powinny znaleźć się w karmie. Ważne, by były sprecyzowane, bo sam „tłuszcz zwierzęcy” niewiele mówi. Jak najbardziej może być dodatek olei roślinnych, ale jeśli są wartościowe w jakiś sposób i nie są podstawą.
  • i na koniec – ilość – preferuję karmy 80/20, tych jest jednak mało na rynku – gdy podliczę wszystkie składniki zwierzęce (ważne, by były podane procenty!), chcę, by było ich ok 70%, w ostateczności, przy bardzo dobrej jakości – 60%.

Sekcja druga: składniki roślinne:

  • raczej unikam zbóż, są zbędne w psiej diecie i podnoszą poziom cukru we krwi. Niektóre mogą być ok, ale takich karm, które np. mają niewielką ilość wartościowych pełnoziarnistych zbóż jest mało. Kukurydza, biały ryż, pszenica – karma jest skreślona.
  • Staram się unikać również większych ilości strączków – nie wiadomo jak dokładnie jest tą kardiomiopatią rozszerzeniową, więc wolę chuchać na zimne. Poza tym, są ciężkostrawne i zawierają duże ilości białka – to może podbić ilość białka w analizie, ale nie będzie ono tak dobrze przyswajalne jak to zwierzęce.
  • Z tego wynika, że szukam karm w których głównym wypełniaczem są ziemniaki, lub lepiej, bataty.
  • Tutaj stosuję tę samą zasadę co w sekcji „zwierzęcej”, chcę pełnych produktów, a nie „białek”, „mączek” i „surowców”.
  • Miło, jeśli również ta część składu jest urozmaicona i sprecyzowana.

Sekcja trzecia: otoczka – zdaję sobie sprawę, że wkraczam tutaj na wody marketingu, zatem trudne do zweryfikowania, ale moim zdaniem odpowiedzi na poniższe pytania mogą pomóc, jeśli wciąż się waham lub nie jestem do końca pewna, czy to dobry produkt, a jeśli ich brak, to warto się zastanowić podwójnie.

  • Czy producent pofatygował się o stworzenie strony internetowej?
  • Czy po wrzucenie składu w wyszukiwarkę nie dostajemy dziesięciu różnych karm z dokładnie tym samym składem?
  • Czy wiadomo, gdzie mieści się firma, skąd pochodzą składniki i gdzie jest produkowana?
  • Czy producent mówi coś o jakości składników? Tutaj to sporo marketingu, ale moim zdaniem też co nieco mówi o całości.
  • Czy marka to jedna firma za nią stojąca, czy może część wielkiego koncernu?
  • I wreszcie – czy jeśli mam wątpliwości i chcę coś doprecyzować, to otrzymam od firmy/dystrybutora dokładną odpowiedź, odpowiedź wymijającą czy może żadną?
  • Jest jeszcze jeden aspekt: dawkowanie – mam psa rasy z owczarka niemieckiego i choć skręty żołądka u białych zdarzają się rzadko, to profilaktykę wdrażam od początku. To ważna sprawa – jeśli musimy psu dać dużo karmy, to ona rozciągnie żołądek, a właśnie taki jest bardziej narażony na skręt. Tutaj dochodzi też kwestia tego jak karma pęcznieje. Typowy test wody może dać nam jakiś obraz, choć wiadomo, że w żołądku środowisko jest inne. Jednak karmy, które podwajają swoją objętość, a nie po prostu rozmakają, również odpadają.

Zanim kupiłam Essential Foods, próbowałam dość długo przestawić psa z karm ekstrudowanych na zimnotłoczoną Alphę Spirit. Niestety, mimo prób powolnego wprowadzania, praktycznie zawsze kończyło się biegunką, więc lekko podłamana tym faktem, chcąc nie chcąc kliknęłam w sklepie internetowym EF, który podrzuciła mi koleżanka. Miałam co prawda jedno zastrzeżenie (o tym za chwilę), ale nic poza tym nie wzbudziło moich wątpliwości, więc dwa dni później u mych drzwi stanął kurier z Highland Living. Worki są bardzo estetyczne, niestety dość delikatne. Nie mają strunowego zapięcia (przynajmniej w wersji 12,5kg)

Spójrzmy na skład:

świeży indyk, bataty, suszony indyk, świeży łosoś, ciecierzyca, groszek, świeża wołowina Aberdeen Angus, dzikie ptactwo (gołąb, kuropatwa, kaczka), siemię lniane, olej z łososia, świeże całe jaja, indycza wątróbka, lucerna, witaminy, minerały, MOS, FOS, glukozamina, chondroityna, żurawina, acai, borówki, morwa, jabłko, pomidor, pomarańcza, gruszka, marchewka, szpinak, kalafior, aksamitka, żeń szeń, zielona herbata, imbir.

Jak widać, nie ma procentów podanych przy składnikach (co mi przeszkadza), ale są one podane zbiorczo. Przestawiają się tak:

Producent deklaruje, że karma została przygotowana w temperaturze 90 stopni Celsjusza, 90% składników pozyskiwanych jest lokalnie, a karma produkowana jest w Wielkiej Brytanii. Dostajemy też informacje o dokładnych odmianach/rasach składników. W końcu nie muszę poszukiwać, dopytywać o informację skąd pochodzi łosoś – od razu wiem, że jest to szkocki hodowlany. Trudno to oczywiście zweryfikować, ale to ogromny plus.

tył etykiety Highland Living

Bardzo podoba mi się to, jak bogaty jest skład. W różnych aspektach – karma jest multiproteinowa, ma sporo różnych roślin, wypełniaczem są bataty (w pozostałych smakach również ziemniaki). Według mnie to rewelacyjnie. Dość często zmieniam karmę, bo nie uważam, żeby monożywienie było korzystne dla psa, a tu dostaję 4 smaki dla „przeciętnego” burka, które mogę dowolnie wymieniać i mieszać. W skład karmy wchodzą całe składniki, świeże i suszone, nie ma tu „białek”, „produktów”, „surowców”. To ogromny plus (i mniejsze ryzyko alergii w przyszłości). Oprócz Highland Living Szkodnik zjadł: Estate Living (głównym mięsem jest jagnięcina), Superior Living (drób), Nautical Living (ryba). Z ok 30% białka i 17% tłuszczu sprawdzi się u większości psów o normalnej i nieco większej aktywności. Dodatkowo, w ofercie firmy znajdziemy karmę dla szczeniąt, seniorów, psów sportowych i z niedowagą, psów z nadwagą i psów z problemami pokarmowymi. Niestety, żadna z tych opcji nie nada się dla alergików uczulonych na białko kurze, ze względu na zawartość jaj. Dokładne składy wszystkich karm i więcej informacji o marce znajdziecie na oficjalnej stronie:

http://essentialfoods.com.pl/

jeśli jesteście anglojęzyczni, polecam jednak brytyjską stronę, bo jest bardziej aktualna:

Koszty

Spójrzmy na dawkowanie:

Aura waży 27kg i jadła 300g karmy dziennie. Worek 12,5kg kosztuje ok 220zł i starcza na 41 dni, zatem koszt dzienny żywienia takiego psa to 5,40zł. Bardzo dobry stosunek jakości do ceny.

Granulki i smakowitość

Granulki są standardowe i poradzi sobie z nimi większość psów powyżej 10kg. Dla Szkodnika są akurat – lubi rozgryzać i nie ma z tym problemu, nie są za małe. Idealnie też nadają się do treningu, choć nieco brudzą ręce, są dość tłuste. Różnią się kolorem i zapachem. Smakowitość tej karmy, to coś co mnie naprawdę zaskoczyło – jeszcze nigdy nie udało mi się kupić karmy, do której pies z tym samym entuzjazmem podchodził przez 40 dni :o. Aura jest z gatunku niejadków i choć motywację pokarmową ma zrobioną, to jest spora część karm, których po prostu nie tknie – coś jej nie pasuje i nie mam w intencji jej zmuszać. Essential był chętnie zjadany przez te wszystkie miesiące, a pies codziennie przychodził w porze śniadania i kolacji domagając się jedzenia (coś niesamowitego!). Bez problemu zajadał się chrupkami na treningach, w sporych rozproszeniach, na spacerach, na ruchliwym dworcu. Były okresy, gdzie dostawał wszystkie posiłki z miski, wszystkie z ręki i też kombinację – śniadanie z miski, kolacja z ręki i w każdym karma sprawdzała się świetnie. W dodatku, najadał się swoją porcją i chodził zadowolony. W tym miejscu muszę wspomnieć, że Estate Living jest zdecydowanie bardziej suche i jeśli macie niejadka, wybierzcie inną opcję. Zdecydowanie wchodziło najgorzej. W kwestii smaku wygrywa Superior Living – pięknie pachnie i jest najbardziej tłuste. Ale i rybna karma, gdzie mój pies ma dość trudną relację z rybami, sprawdzała się dobrze.

Wpływ na psa

Myślę, że biorąc pod uwagę, ile karmy zjadł mój pies mogę pewne rzeczy napisać z całą pewnością. Po pierwsze, karma dobrze się przyswajała (choć jeśli dacie jej za dużo, musicie liczyć się z luźnymi odchodami). Gdy zaczynałam ją podawać, Aura startowała z pozycji „lekko za chuda” i ładnie nabrała masy. Zbudowała też mięśnie (a zatem musiała mieć z czego) i miała dużo energii (tutaj zatrzymajmy się na chwilę, albowiem mój pies to zwykły szaleniec, ale zazwyczaj przechodziło to jej po początkowej fazie spaceru, tutaj miała siłę na długie, długie harce). Nie „gasła” przy dłuższych wyprawach i szybko się regenerowała. Sierść wypadała minimalnie, przez fazę linienia przeszła gładko i całkiem szybko (w tym miejscu muszę nadmienić, że okresowo podawałam kryl, ale nie zauważyłam, by cokolwiek uległo zmianie). Futerko jest błyszczące, gładkie, gęste i wszelki brud szybko z niego odpada, nie ma też większego problemu z wydobyciem z psiej sierści ostów i innych łąkowych zdobyczy. Opuszki łap nie pękały, przy oczach nie pojawiły się żadne zacieki. Generalnie, kondycja psa pozostaje bez najmniejszego zarzutu.

Podsumowując, Essential Foods to bardzo ciekawa propozycja, której warto się przyjrzeć. Dla silnych alergików niestety się nie nada, ale wszystkim innym pieskom może spasować. Niektórym jednak będzie przeszkadzał dodatek grochu. Poza tym, karma ma baaardzo przyjemny skład, stosunkowo niską cenę, a marka oferuje szeroki wybór smaków, więc unikamy monodiety. Dawkowanie jest niewielkie, co będzie plusem przy dużych rasach, jednocześnie karma jest sycąca. Na pewno będę do niej wracać i z czystym sercem mogę polecić.

Mózg na wygnaniu. O cieczce i ziołach.

Aura cieczki przechodzi chyba w najgorszy możliwy sposób. Repertuar odpałów jest bogaty i wręcz niewyczerpany. Problemy z zachowaniem wyrastają jak grzyby po deszczu. Przekraczanie ulicy? Nie, nie da się. Trening? Zapomnij.

Zazwyczaj wtedy totalnie kapituluję. Wyprowadzam na spacery (na lince!), raczej nic nie wymagam. Stawiam na relaks, bo i nie ma sensu się spinać. Wszystkie efekty moich wysiłków treningowych będą marne, więc równie dobrze mogę odpuścić.

Lecz tym razem było inaczej. Surfując po sieci trafiłam na mieszanki ziół CSJ i jedna miała bardzo ciekawą funkcję poprawiania równowagi hormonalnej suki:

zdjęcie z oficjalnej strony CSJ

No jak nie kupić czegoś o takiej nazwie?!

Ale przyjrzyjmy się szczegółom.

200g mieszanki kosztuje ok. 69zł. Porcje odmierza się miarką 5ml (której nie ma w zestawie) i Aurze, która waży 26/27kg dawałam na początku jedną miarkę, a później zwiększyłam do dwóch. Starczyło na prawie 2 miesiące podawania i jeszcze zostało dość sporo w opakowaniu. Czyli zasadniczo wydajna.

Skład: płatki maku, liście malin, rumianek, werbena lekarska, dziurawiec zwyczajny, niepokalanek pospolity.

Cel podawania ziół to uspokojenie układu nerwowego, przywrócenie gospodarki hormonalnej, pomóc przetrwać ten trudny czas cieczkowy i zminimalizować ryzyko ciąży urojonej.

Efekty

Lubię ziołolecznictwo, ale generalnie nie spodziewałam się wielkich efektów. Zaczęłam zioła podawać miesiąc przed cieczką, kiedy to ujawniają się pierwsze objawy odpływania mózgu.

Trudno tak naprawdę zwyrokować dokładnie na ile zadziałały zioła, a na ile układ planet, czy pływy oceaniczne. Natomiast, tę cieczkę przeszła dużo lżej niż poprzednią. Zrobiłyśmy całkiem sporo treningów, które przy okazji były nienajgorsze. Była lekko nerwowa, ale nie odkryła w sobie panicznego lęku przed ruchliwymi ulicami. Docierało do niej przywołanie (choć wiadomo, safety first, linka i tak), a nawet nauczyła się czegoś nowego. Jakość jej życia była nieco gorsza niż w okresie ciszy hormonalnej, ale zarazem sporo lepsza niż podczas cieczki bez wspomagacza w postaci ziół. W dodatku, odkryła w sobie bojowego ducha, co wcześniej się nie zdarzało. Nie musiałam odwieszać na kołek wszelkich planów związanych z psem (treningowo-wycieczkowych), poza tym, że ograniczyłam po prostu kontakty z innymi psami.

Podsumowując, jestem zadowolona z działania specyfiku i nie uważam, że zmarnowałam pieniądze. Na pewno zakupię kolejne opakowanie przy kolejnej ciecze, a w razie innych „specjalnych” potrzeb chętnie spojrzę na ofertę CSJ. Polecam!

„Masz i daj mi spokój” czyli o zabawkach na jedzenie

Ostatnio u nas dość nerwowy czas. Ja chodzę spięta, co odbija się na pieseczku, więc treningi obcięłam do minimum, stawiając na szukanie nowych tras spacerowych i zabawę. Aura też przechodzi trudniejszy czas, bowiem zbliża się cieczka, a hormony dają popalić. W takich okresach też, bardziej niż kiedykolwiek, doceniam zabawki na jedzenie i dziś pokażę z jakich korzystam. 🙂

  1. Tacka do lizania Trixie – lick maty robią zawrotną karierę i bardzo dobrze! wspaniale wyciszają psa, dużo bardziej niż kongi i dają większą swobodę w wypełnianiu – np. trudno by było konga wypełnić musem z dyni, na macie nie ma problemu, w dodatku, jeśli posmarujemy tylko pół, nadal będzie działać bardzo dobrze. To mój zdecydowanie ulubiony gadżet ostatnich miesięcy. Bieda wersja, którą posiadamy kosztuje ok 30zł, ale myślę, że skuszę się na oryginał w wersji Buddy Large przy okazji następnych zakupów. Wersja Trixie ma trzy stopnie trudności, można ją mrozić i nic jej nie dolega, nawet gdy pies użyje zębów 🙂 Ode mnie zdecydowane 10/10.

2. Klasyka gatunku, czyli Kong Classic w rozmiarze XXL, nic się z nim nie dzieje, działa bez zarzutu, można wyładować go warstowo, mrozić, mieści około 200-300g mokrego jedzenia. Ja mrożę go dość rzadko, bo mój pies łatwo się frustruje – porzuca zabawkę, czeka aż się rozmrozi i podrzuca kilka razy, żeby wypełnienie wypadło. Suka zdecydowanie hołduje zasadzie „pracuj mądrze, nie ciężko” 😉 od nas mocne 8/10.

3. Żółta papryka Zee.dog. Jest bardzo łatwym kongiem – otwór jest duży, łatwo z niej wylizać zawartość. Myślę, że jej maks pojemnościowy to ok 150g. Jest dość twarda i lekka, nie łapie sierści, Aurę bardzo wyluzowuje właśnie przez łatwość dostępu do jedzenia – pies spokojnie sobie leży i wylizuje, nie musi kombinować. Kosztowała mnie jakieś 30zł, co uważam, za bardzo dobrze wydane pieniądze. Łatwo się myje. Zdecydowane 10/10.

4. Kong Traxx w wersji Puppy, rozmiar M/L. Tę zabawkę mamy obecnie „w dzierżawie”. Wiązałam z nią ogromne nadzieje i niestety się zawiodłam – mieści bardzo mało jedzenia, jest dość droga. Pies bardzo ją lubi, ale fakt, że włożenie do niej dwóch łyżek mokrej karmy jest wyczynem, sprawia, że raczej nie kupimy własnej sztuki. Z plusów: zmusza do wylizywania, a nie podrzucania i czekania aż wypadnie, materiał jest bardzo przyjemny, dla piesków, które lubią miękkie zabawki, a mimo tego jest solidna. Za pojemność od nas 6/10

5. Piłka na przysmaki Pet Nova. Kolejna propozycja dla papików i delikatnych piesków (w tym miejscu warto wspomnieć, że Aura w swoim życiu zniszczyła misia z zooplusa za 10zł i pluszową foczkę z zapachem hodowli). Bardzo miękka piłeczka, z duużym otworem, odlana z dość grubej gumy. Pies kocha ją miłością wielką. Łatwo też wylizać z niej zawartość – można upchać w niej około 2-3 łyżki stołowe mokrej karmy. Idealnie żeby podać suple czy zioła. Kosztuje ok 8zł. Od nas 10/10!

6. BecoBone od Beco Pets – Beco Pets to jedna z moich ulubionych marek. Mamy kilka zabawek i miskę i wszystkie są zrobione z bardzo przyjemnych, trwałych i ekologicznych materiałów. Kość jest miękka i dobrze służy jako gryzak. Zmieści trochę smakołyków czy kulek karmy, które psu dość trudno wydobyć. Bardzo ją lubię. Dostałyśmy używaną i mamy ponad rok. Stan zużycia widoczny na zdjęciu 😀 Polecam!

7. Bakłażan Planet Dog. Bakłażan jest bardzo żujny, miękki i przyjemny. Tworzywo Orbee-tuff jest uwielbiane przez mojego psa, więc atrakcyjny jest nawet bez wypełnienia. Mieści bardzo dużo karmy – więcej niż Kong King, więc zmieszczenie do niego 300g mokrego, to żaden problem. Stopień trudności jest umiarkowany, jednak ze względu na jego kształt – tej zabawki nigdy nie zamrażam. Dość trudno się myje i zbiera każdy kłaczek sierści w promieniu 5km. Bardzo go lubię, również ze względu na to, że gdy pies postanowi jednak nim rzucić – nie mam wrażenia, że zaraz spadniemy obie do piwnicy. Od nas 8/10.

To tyle! Wydaje mi się, że już nie będę powiększać kolekcji – jeśli już, to o oponkę Jolly Pets, która wydaje się bardziej pojemna, niż Kong. 🙂

Hurtta Weekend Warrior vs Dog Copenhagen Comfort Walk Pro (test & recenzja)

Wybór odpowiednich szelek dla psa jest dla mnie bardzo ważną kwestią. Przede wszystkim, nie powinny utrudniać ruchu – z tego względu odpadają szelki typu norweskiego (np. popularne bardzo juliusy), ponieważ blokują one psią łopatkę, co nie dość, że jest niewygodne, niekorzystnie wpływa na cały układ ruchu. Wybierając „dorosłe” szelki dla Szkodnika, celowałam więc w typ guard, a moimi kryteriami była dobra jakość, wygoda dla psa, rączka, odblaski i łatwość czyszczenia. Zarówno z Hurtty, jak i Dog Copenhagen korzystałam kilka miesięcy. Zdecydowanie wygrywa Hurtta i już tłumaczę dlaczego. 🙂

Dog Copenhagen Comfort Walk Pro

Szelki Dog Copenhagen zakupiłam w maju jako pierwsze porządne dla Aury. Firma była polecana, wyglądały mniej topornie w porównaniu do Hurtty Active dostępnej wtedy, miały rączkę i przepiękny kolor. Używałyśmy ich kilka miesięcy, bardzo często, gdyż ze względu na wątpliwe posłuszeństwo mojego psa w tym czasie, preferowałam coś, w czym się nie udusi i z czego nie zwieje, a i przytrzymać bez miażdżenia tchawicy będę mogła.

Dog Copenhagen Comfort Walk Pro w rozmiarze L

Po tym czasie mogę stwierdzić, że do plusów tych szelek zdecydowanie należą:

  • trwałość materiału. Szelki są dość sztywne, ale w większości dopasowują się do psa. U nas niestety przez cały okres użytkowania odstawały z przodu, mimo dobrego dopasowania regulacji.
  • trwałe i porządne okucia, z których nie zedrze się farba,
  • dodatkowy zaczep na adresówkę,
  • wygląd – choć to sprawa drugorzędna. Szelki nie przytłaczają psa, wyglądają delikatnie, dodają uroku. Dodatkowo, kolor jest mocno nasycony i przepiękny.
  • rączka.

A do minusów można zaliczyć:

  • szybko namakający i długo schnący materiał. W lecie to nie jest problem, natomiast jesienią i zimą – już tak. Dodatkowo, łatwo łapie brud.
  • jakość wykończeń – zarówno na rączce, jak i odblaskach szybko pojawiły się ślady użytkowania,
  • sztywność konstrukcji, szelki odstają, w czasie wędrówek, czy dłuższego czasu na smyczy nad grzbietem psa robi się łuk, co jest dziwne, bo paski wyregulowane prawidłowo. Również gdy pies się położy podjeżdżają do góry.
Dog Copenhagen

Hurtta Weekend Warrior

Używaną Hurttę zakupiłam na jesień, gdy udało mi się sprzedać szelki DC. Pierwsze wrażenia? Przede wszystkim miękkość. Szelki są bardzo przyjemne w dotyku, co mnie zdziwiło, bo producent deklaruje wodoodporność i pokrycie ich Hundtexem (patent Hurtty na wodooporny materiał – derki przeciwdeszczowe, miska podróżna i inne akcesoria są pokryte właśnie nim).

remake. Meatlove polecam zawsze!

Do brzegu – jakie są plusy?

  • miękkie i dobrze dopasowane. Paski są znacznie szersze niż w DC, jednocześnie dopasowują się na tyle dobrze, że świetnie leżą.
  • solidność – mimo swojej miękkości sprawiają wrażenie dużo bardziej solidnych. Na pewno klamry są bardziej godne zaufania (choć te w duńskim produkcie też mnie nigdy nie zawiodły),
  • odblaski – tutaj nie są jedynie linią oplatającą kontur, a są dość spore i rozmieszczone na całych szelkach. Dodatkowo, mienią się na kolor szelek w świetle dziennym (znów sprawa drugorzędna, ale jakże ładna),
  • lepiej opracowany przód szelek pozwalający na lepsze dopasowanie – na górnym rozwidleniu paski nie są sztywno umocowane jak w DC, a umieszczone na trójkątnym okuciu – to spory plus zarówno przy noszeniu, gdzie łatwiej im dostosować się do psa, jak i ubieraniu – nawet gdy mocno skrócimy paski, nie trzeba będzie ich przeciskać przez głowę.
  • czystość i wodooporność – nie namakają, nie łapią brudu, szybko wysychają, nie ma sytuacji, gdy chcę je ubrać, a one nadal są mokre (DC…)
  • rączka – tutaj jest zdecydowanie szersza, większa i wygodniejsza.
Hurtta

Minusy?

  • brak osobnego zaczepu na adresówkę – niby Hurtta oferuje miejsce po wewnętrznej stronie na zapisanie numeru, ale kto znalezionego psa „rozbiera”?
  • drobne pieski może przytłaczać,
  • w lecie mogą dodatkowo ogrzewać psa

Hurtta

Podsumowując, po kilku miesiącach z każdym z modeli, uważam, że dla aktywnego psa zdecydowanie lepszym wyborem są Weekend Warrior. Są stabilniejsze, nie kręcą się, lepiej leżą, nie chłoną wody i jeśli już zmokną – szybko schną. Przy większym psie dają zdecydowanie poczucie bezpieczeństwa – klamry i paski są solidne, a rączka wygodna. To zdecydowanie przemyślana konstrukcja i myślę, że posłuży długie lata. No i w końcu poprawiono te odpryskujące okucia!

A Wy? Jesteście #teamhurtta czy #teamDC?

Sukcesy. O radości.

Znacie Jacka Kłosińskiego? Jacek pomaga ludziom w kreatywnej pracy i jest jednym z moich ulubionych blogerów. Dlaczego o nim mówię? Ponieważ jego ostatni wpis jest świetną wskazówką jak robić postępy praktycznie w każdej dziedzinie. Dziś o tym, jaką drogą my doszłyśmy do sukcesu.

Ostatnio pisałam o tym, jak bardzo nam nie wyszło i od tej pory nie wychodziło już kompletnie nic. Odpuściłam totalnie. Miałyśmy problemy nie tylko z posłuszeństwem, ale i z komfortowym funkcjonowaniem w świecie. Wtedy stwierdziłam, że nie ma co walczyć o komendy, jeśli mój pies nie czuje się swobodnie. Cały październik więc był spokojnym, wyważonym socjalem, ale głównie zabawą, możliwie najfajniejszymi spacerami, siedzeniem razem, konsumowaniem pyszności, a moje ambicje treningowe schowałam do kieszeni. Porobiłyśmy coś na ogrodzie, ale to tyle.

Co tu dużo mówić, byłam załamana. Pieniądze wydane na treningi, czas spędzony na dokształcaniu się, sumiennie odrabiane zadania domowe i bardzo regularne sesje treningowe. Wszystko na nic. Nasz kontakt nie był najlepszy. Z chęcią bym ją spakowała i odesłała z powrotem do hodowli.

Jedyne osiągalne ćwiczenia…

W końcu pogodziłam się z myślą, że pewnie teraz to spacery i treningowe sesyjki bez rozproszeń (bo to owczarek, zajęcia umysłowego potrzebuje). Skorzystałam z opcji rozpisywania wniosków potreningowych, ale nie miałam żadnych ambicji. Bardziej koncentrowałam się na analizie swojego zachowania i jego wpływu na psa. Stwierdziłam, że nie ma sensu pielęgnować ambicji. Zapadł luz.

A potem postanowiłam spróbować treningu grupowego, bo widziałam, że stan mózgu się poprawia. Pojechałam z jedną ambicją: przeżyć! Ale zostałam bardzo pozytywnie zaskoczona przez moje białe zwierzę, które totalnie dało radę i zrobiło 100% więcej niż wymagałam. Tym, co najbardziej mnie ucieszyło, było usłyszenie, że jest radośniejsza. Bo o to chodzi. By się nie spinać, tylko pozwolić sobie na małe radości, a duże same przyjdą. Banał, ale dopiero teraz poczułam jak bardzo prawdziwy.

Czy dobra passa się utrzyma? Who knows. Pewnie za jakiś czas znów zaliczymy zjazd. Pewnie trzeba będzie odpuścić. Mało to „instagram-friendly”, ale takie okresy są potrzebne. Nasza relacja jest lepsza i chyba to jest tu najważniejsze.

A Wy? Jak radzicie sobie z kiepskimi okresami? Jaka strategia się Wam sprawdza?

Porażki. O odpuszczaniu.

Dlaczego od ostatniego wpisu minął prawie miesiąc?

Chorowałam. Długo.

W międzyczasie udawało mi się przeprowadzać jako-takie treningi i szło całkiem dobrze. Poczułam, że znów złapałyśmy wspólny rytm i w końcu udało nam się wypracować chęć do działania, której brakowało przez jakiś czas.

Później zaliczyłyśmy fantastyczny trening grupowy i poczułam, że oto nabrałyśmy wiatru w żagle.

Było pięknie. Więc oczywiście musiałam zderzyć się boleśnie ze ścianą.

Kiedy piesek się rozleje.

Zaczęło się standardowo – od stresu. Tutaj zarówno i ja, i mój pies mamy problem z odpornością na niego. Nie jest to dobra mieszanka. To pociągnęło za sobą moje i jej zafiksowanie się, czego kulminacją była walka o życie w sobotę.

I to był przełom. Wyspałam się, usiadłam z notatnikiem i wypisałam wszystko co złe. Ogarnęłam swoje błędy i udało mi się znaleźć na nie rozwiązanie. Będę testować.

To co chyba najistotniejsze, to większa uwaga na psie sygnały i pozwolenie psu na gorszy dzień. Obniżenie wymagań, nawet jeśli ma być znaczące i pozornie robimy krok w tył.

Zapakowałam plecak i poszłyśmy na długo do lasu.

Choć od czasu moich przemyśleń i zmiany podejścia minęło parę dni, już widzę pozytywy tych zmian (tylko w głowie!). Coś wcześniej zupełnie nie do wykonania? Proszę bardzo. Matka ponad otoczenie? Nie ma problemu! Oferowanie określonych pozycji, choć nikt nie prosi, nie woła i daje biegać luzem? Jest!

I moje ukochane wpatrzone oczy z pytaniem „co jeszcze będziemy robić?”

Pomyśleć, że jeszcze niedawno spacer był trudnym przeżyciem. Bombelki tak szybko dojrzewają!

Gdzie zmierzam?

Że warto było zrezygnować i odpuścić, a przede wszystkim dać przestrzeń białemu pieskowi. Okazuje się, że potrafi działać mądrzej niż ja 😉

Wrześniowa bucket list

Tworzenie list nigdy nie było moją mocną stroną, ale posiadanie psa mocno motywuje do robienia rzeczy, więc może tym razem?

Zatem we wrześniu ze wszystkich sił postaram się:

Więcej wędrować, mniej się martwić

za radą Makulskich. Zwłaszcza, że tak bardzo brakowało nam tego w lecie, gdy obie umierałyśmy z gorąca. W końcu na normalny spacer można udać się o każdej porze dnia.

Utrzymać regularność treningów,

bo bycie regularnym to obecnie mój słaby punkt (nie zawsze tak było). Potrzeba nam regularnej pracy zarówno nad posłuszeństwem, jak i budową mięśni i kondycji (mojej i psiej)

Pić więcej herbaty

i więcej czytać. W końcu jest jesień, co nie?

Wyciągać aparat nie tylko gdy za to płacą,

bo zapomniałam, jak dobrze i fajnie jest robić zdjęcia dla czystej frajdy. Niewątpliwie czas nauczyć też psa pozowania. 😉

siedzę rozlazła jak menel, bo mogę

Udanej reszty września sobie i Wam życzę 😉

Ostatni dzień sierpnia*

Już, w końcu, po wszystkim. Wakacje się skończyły. Wszystko ruszy do życia, powszechne spowolnienie zniknie. Nigdy, jako uczeń, student i pospolity korposzczur, nie lubiłam wakacji. Zawsze miałam wrażenie czasu przeciekającego między palcami. Zwłaszcza, kiedy upał wysysa wszystkie siły.

Tegoroczne dały mi w kość. Trudno się funkcjonuje w takiej temperaturze. Mojemu psu – tym bardziej, chociaż straciła ogromne ilości futra. Nie mogę się doczekać, aż temperatury znormalnieją, a Aura odpali turbo i znów będzie można z nią konkretnie pracować.

Idzie jesień i z jesienią idzie nowe. Idzie ruch, najpiękniejsze widoki, najlepsze światło i najpiękniej pachnący las. Kupiłam z tej okazji nowe zabawki – puller, który, mam nadzieję, będzie przydatny przy budowaniu mięśni i małe owcze futro na długim pasku. I w końcu nie będzie trzeba na owcę brać dodatkowej torby!

Idę w to, tak jak Szkodnik idzie w ściernisko 😉

*Kto nie zna piosenki Pablopavo i ludzików, z której ukradłam tytuł notki, to ja bardzo polecam!

Czego chcę w sierpniu

Zaczyna się moja ukochana pora roku – jesień. Wiem, wiem, jeszcze jest lato, ale powoli już czuć – chłodniejsze noce i wieczory, delikatniejsze światło, temperatury znośne. Można wystawić twarz do wiatru i poczuć spokój.

Lipiec dał mi w kość – zaniedbałam Aurę, dwa tygodnie choroby, później rozjechany tydzień ze względu na zmianę pracy. Trochę się zepsuła. Sierpień jest bardzo pracowity, ale jest spokojniej. Postanowiłam sporo spacerować, na luzie do wszystkiego podchodzić i więcej bawić się z psem. Mam nadzieję, że dobrze nam to zrobi.